To „Metro” już odjechało

„Metro” to spektakl, który sam sobie poprzeczkę wiesza bardzo wysoko. Buduje wokół siebie legendę pierwszego polskiego musicalu, którym co prawda nie jest, ale o tym mniej wprawny widz już nie wie. Aktorzy i wokaliści, którzy rozpoczynali karierę od tego tytułu, dziś są gwiazdami polskiej estrady. To jedyny polski musical, który można było oglądać na Broadway’u, w stolicy tego gatunku (aż 13 razy!). Jak więc sam spektakl wypada w zestawieniu z tak rozdmuchanym marketingiem? Otóż… słabo. I to nie dlatego, że sam w sobie jest słaby. Jest przeciętny. Ale jeśli widz wchodzi na widownię napełniony tak wykreowanymi wyobrażeniami, a przed jego oczami ukazuje się mała, momentami za ciasna scena, na której tłoczy się anonimowy zespół młodych ludzi, może poczuć się zawiedziony.

Anonimowy, bo z imienia znamy tylko cztery postaci. Teatr nie udostępnia zresztą obsady danego wieczoru, więc aby dowiedzieć się kto przed chwilą przede mną wystąpił, musiałam zabawić się w detektywa i rozwiązania zagadki poszukać na prywatnych profilach aktorów i aktorek w social mediach. Podobnych problemów nie ma oczywiście z nazwiskami twórców „Metra” – tych z łatwością wymienię choćby obudzona w środku nocy. Nie odbierając im zasług, to nie oni dokonali wszystkiego co w swojej mocy, by ten konkretny spektakl chwycił mnie za serce, więc okazanie podstawowego szacunku do artystów poprzez publikowanie ich personaliów byłoby miłym gestem w ich stronę (i naturalnym we wszystkich innych teatrach, które śledzę).

„Metro” widziałam dwukrotnie. Raz – w jego podstawowej przestrzeni jaką jest scena Studia Buffo, drugi – w Ergo Arenie w Gdańsku podczas trasy objazdowej. Piszę na świeżo po tym drugim spektaklu, dlatego też większość komentarzy dot. wykonawstwa będzie dotyczyć właśnie jego.

Skoro poznałam już obsadę, to grzechem byłoby nie wspomnieć o niej chociaż w kilku słowach. Parę głównych bohaterów kreują Magdalena Dąbkowska i Jakub Józefowicz. Postawiono przed nimi nierówne zadanie – Anka, uciekinierka z domu, która nie może odnaleźć swojego miejsca w życiu, jest napisana jako postać prezentująca sprzeczne cechy. Z jednej strony jest bardzo niezdecydowana, pozwala losowi decydować za nią (chociażby poprzez stosowanie wyliczanek), z drugiej zaś – razem z Jankiem staje na czele zbuntowanych artystów i to ona jest ich kołem napędowym. Konstrukcja spektaklu nie pozwoliła na wiarygodne połączenie tych dwóch oblicz w jednej postaci, przez co wydaje się ona mało spójna. Lepiej wypada Józefowicz, konsekwentnie budujący wizerunek Janka jako artysty, który był już w miejscu, do którego pozostali dopiero dążą i świadomie z niego odszedł. Wie już jaka jest cena takich marzeń. Niby jest członkiem grupy, ale cały czas stoi z boku. Dzieli z nią smutki i radości, ale ma do nich większy dystans, jakby widział i wiedział więcej. Jego postawa przypomina raczej rezygnację niż bunt. Oboje wykonawcy śpiewają bez zarzutu a ich solówki to jedne z lepszych momentów spektaklu, aczkolwiek z jakiegoś powodu to wrażenie nie przekłada się na duety – czy to przez niedopasowanie wokalne, czy brak chemii między bohaterami? Pewnie oba po trochu.

Nie rozmawiając z nikim osobiście mogę strzelać że grający tu aktorzy są dokładnie tacy jak kreowane przez nich postaci – chcą grać na scenie, mówić do widowni, przekazywać to, co dla nich ważne. Czy również Janusz Józefowicz występując osobiście w roli Filipa – reżysera-tyrana przekładającego zysk nad ideę… Gra sam siebie?

Tu przechodzimy do najważniejszej myśli z jaką wracałam do domu. Spektakl mówi o konflikcie między byciem sobą, tworzeniem własnej sztuki na własnych zasadach a możliwościami i zasadzkami, które związane są z dostępem do większych pieniędzy. Bohaterowie ostatecznie idą na kompromis, ale wymowa spektaklu zachęca nas raczej do kontestowania tak skrojonego systemu. Tyle z ideałów. W rzeczywistości Studio Buffo nie bierze jeńców. Z produkcji mającej zrewolucjonizować polski musical zrobiło z „Metra” produkt, który ma się sprzedawać. Spektakl w hali widowiskowej obejrzałam jako jedna z ok. dziesięciu tysięcy tego wieczora. Siedząc niewygodnie wykręcona (scena została ustawiona pod kątem 90 stopni do większości miejsc), twarze aktorów oglądałam tylko na telebimach, bo dojrzenie ich było z tej odległości niemożliwe. Trudno było również zrozumieć teksty piosenek, co nie jest może problemem dla osób znających je na pamięć, ale przecież tego typu wystawienia nie są kierowane do znawców, a do osób chcących zobaczyć w końcu to słynne „Metro”. Boli (fizycznie) patrzenie ma moją ukochaną choreografię do piosenki „A ja nie”. Lasery biją po oczach, a my ratując wzrok patrzymy wszędzie – tylko nie na występujących. A tu akurat jest na co patrzeć – dzięki prostemu zabiegowi kostiumowemu tancerze sprawiają wrażenie pływających w powietrzu. Zabieg na wskroś teatralny, sam w sobie robiący ogromne wrażenie. Niestety, tutaj magię teatru pokonało tanie efekciarstwo.

Wszystko to zebrane razem sprawiło, że „Metro” stało się karykaturą samego siebie. Gdzieś w kulisach ktoś podjął tę samą decyzję, którą podjęli młodzi artyści w finale spektaklu – o opuszczeniu artystycznego podziemia, by robić karierę w mainstreamie. Ekipa Józefowicza poszła za radą Filipa. I można śmiało przyznać, że uczniowie przerośli mistrza.

PS. Osobny akapit pełen ciepłych myśli należy się panu z ekipy dźwiękowo-oświetleniowej, pod którym w ostatniej, pełnej dramatyzmu piosence spektaklu… Z hukiem złamało się krzesło – na oczach, bez mała licząc, połowy widowni. Pani Magdaleno, te salwy śmiechu to nie z pani, „Tylko w moich snach” wyszło idealnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *