W kwietniu 2025 polscy fani musicalu dzielą się na tych, którzy pokochali toruńską inscenizację musicalu „Jesus Christ Superstar” oraz tych, którzy cierpią z powodu braku możliwości zobaczenia spektaklu na żywo. O mały włos nie wpadłabym do tej drugiej grupy i przegapiła jedno z ważniejszych wydarzeń musicalowych tego sezonu, ale ratunek w postaci biletów z drugiej ręki przybył w odpowiednim momencie.
Reżyserka Agnieszka Płoszajska zaproponowała formułę, której w polskim (a może i nie tylko? Ktoś coś wie o światowych produkcjach?) teatrze muzycznym jeszcze nie było – silent disco. Każdy widz otrzymuje własny zestaw słuchawek, w których słucha dialogów i piosenek wykonywanych na żywo. Prosty sposób by zmaksymalizować indywidualność doświadczenia teatralnego – jestem tylko ja i dźwięki w mojej głowie zestrojone z akcją toczącą się dookoła. Świat zewnętrzny przestaje istnieć. Malkontenci mogą zarzucać (skądinąd słusznie), że zaproponowane słuchawki spłaszczały mocniejsze dźwięki – przy takiej obsadzie to faktycznie szkoda – ale pionierom można wybaczyć więcej. Ostatecznie możliwość tak głębokiego zanurzenia się w spektakl przewyższyła tę niedogodność.
No właśnie – zanurzenia. Immersyjność w musicalach zachodnich świeci już triumfy od dłuższego czasu, niemożliwe było więc by nie zawitała w końcu do kraju (i miasta) nad Wisłą. Niech pierwszy rzuci kamień ten kto nie obawiał się czy wystoi dwie godziny. I ta, może mało typowa miara najdosadniej, bo wręcz z poziomu fizjologii, ukazuje sukces inscenizacyjny spektaklu – nawet przez myśl mi nie przeszło, że nogi bolą i fajnie fajnie, ale przydałoby się usiąść. Nope. Wielkie podziękowania należą się anonimowej pani z obsługi widowni, która zasugerowała, że „tam też można stanąć” i dzięki temu oglądałam spektakl chyba z najlepszego punktu na jaki można trafić. Aktorzy byli bliżej niż na wyciągnięcie ręki (tego siniaka mogę wybaczyć), w zasadzie z każdej strony, a widownia mimowolnie stawała się uczestnikiem wydarzeń – imprezowiczami w klubie, tłumem witającym Jezusa z palmami czy – mniej chwalebnie – gapiącym się na niego podczas drogi krzyżowej. Zapowiadana możliwość poruszania się po widowni w trakcie spektaklu była obietnicą nieco na wyrost, bo przy tej liczbie wpuszczonych osób wolnego miejsca nie pozostało prawie wcale, na szczęście nie odczułam takiej potrzeby.
Te technikalia sprawiły, że o produkcji stało się głośno jeszcze przed premierą. Na nic by się jednak zdały, gdyby okazały się wydmuszką, rozdmuchaną formą, której brakuje treści. Rzeczywistość na szczęście przerosła oczekiwania i toruński zespół zaproponował spektakl, który porusza od pierwszej sceny, a napięcie schodzi z człowieka dopiero gdzieś w połowie drogi do domu.
To nie jest sztuka o Jezusie-Bogu. Rafał Szatan dał kreowanej przez siebie postaci pełną skalę ludzkich emocji-od dziecięcego entuzjazmu po cierpienie, zawód, tęsknotę za życiem, które nie jest mu pisane. Historia biblijna stanowi tylko pretekst dla ukazania samotności człowieka, który realizując swoją misję zyskał oddanych wyznawców, podążających ślepo za każdym jego krokiem. Pytanie brzmi – czy takich właśnie popleczników szukał? Jezus trafia w czułe struny ludzi poharatanych, chorych, samotnych. Potrzebują jego słów nie do zbawienia i zbawiania świata, a do załatania swoich własnych wyrw. W toruńskiej inscenizacji wierni zamieniają jeden narkotyk na drugi – ale efekt otumanienia, zwolnienia z samodzielnego myślenia pozostaje taki sam. Ta relacja to bardziej pokraczna atrapa terapii niż prawdziwa wiara na dobre i na złe. A gdy samemu potrzebuje się ratunku trudno ratować innych – dlatego, gdy sława Jezusa wywołała poruszenie wśród lokalnych notabli i doprowadziła go do stóp Golgoty, jego wyznawcom zabrakło sił by stanąć po stronie swojego bohatera.
Spośród wszystkich wyznawców tylko dwie postaci wymykają się temu opisowi. Pierwsza z nich to Maria Magdalena, prostytutka, która zadurza się w Chrystusie i jako jedyna dostrzega jego ludzkie oblicze – zmęczenie, poczucie osamotnienia i niezrozumienia. Odmienność tej postaw jest zauważalne nawet w warstwie muzycznej – „Jak mam go pokochać” jest wykonywane przy akompaniamencie pianina, podczas gdy inne piosenki mają raczej rockowe aranżacje. Ich relacja nie jest jasno sprecyzowana, ale czuć, że w towarzystwie kobiety Jezus może schronić się przed światem i odpocząć; tutaj „jest wszystko w porządku”. W interpretacji Oliwii Drożdżyk Maria Magdalena staje się jego opoką, jednocześnie godzą się z tym, że nie będzie między nimi symetrii. W swym songu probuje walczyć z rodzącym się uczuciem, świadoma, że jest ono raczej balastem niż źródłem siły. Przy niej Jezus będzie się regenerować – ale po to, by jeszcze skuteczniej działać w świecie zewnętrznym.
A te działania bacznie obserwuje i komentuje sam Judasz Iskariota wykreowany przez Sebastiana Machalskiego. Jedyny, który był w stanie pojąć o czym tak naprawdę Jezus nauczał. Odporny na jego charyzmę, z dystansem patrzył na działania Mesjasza i widział jak tłum błądzi, a ten nie jest w stanie odpowiednio stanowczo nim pokierować. Jak brakuje mu zdolności przywódczych, a chwilami i twardej ręki. Uznawszy, że sytuacja wymyka się spod kontroli próbował szukać ratunku, nieumiejętnie dobierając metody do swojego celu. I tym trudniej go jednoznacznie osądzać. Zdradził boga, jasne. Co gorsza – zdradził przyjaciela. Podjął tragiczną decyzję, ale podjął decyzję, co samo w sobie stanowi akt odwagi. Wziął na siebie brzemię po to, by historia świata mogła toczyć się zaplanowanym torem. A sumienie i tak nie odpuściło.
Obsada skompletowana przez toruński teatr nie ma słabych punktów i stanowi idealne połączenie młodych talentów z doświadczonymi gwiazdami musicalowej sceny. Nie można nie wspomnieć o Marcie Burdynowicz, która zrobiła z Heroda kampowego króla brutalnej rozrywki czy niesamowitego i przerażającego tria Annasza, Kajfasza i kapłanki. Uwagę przykuwa zwłaszcza Jędrzej Czerwonogrodzki zachwycając niskim, przeszywającym głosem. Zresztą – cały zespół aktorski pracuje tu na 120%. Akrobatyczna choreografia Michała Cyrana bezbłędnie oddaje zmieniająca się dynamikę scen, ale umówmy się – do najłatwiejszych nie należy. Tym bardziej można by się spodziewać, że wysiłek fizyczny będzie słyszalny w warstwie wokalnej – ale nie. Również w tej płaszczyźnie poziom jest utrzymany do samego końca spektaklu.
Czy ta realizacja ma zatem jakiekolwiek słabe punkty? Ma, jak każda. Czy są one istotne? Niespecjalnie. Zespół JCS udowodnił, że biorąc się za klasykę (nawet wywrotową) można znaleźć i zrealizować odważną, autorską wizję – a widownia to doceni.

Dodaj komentarz