Klik klik!
Najmroczniejsza rodzinka popkultury pożegnała się niedawno z gościnną sceną Teatru Syrena. Jak to z klasykami bywa – zdążyłam obejrzeć ich popisy na dzień przed zejściem spektaklu z afisza; taki ze mnie widz last minute. Wycieczki do stolicy nie żałuję, ale i tęsknić przesadnie nie będę.
“Rodzina Addamsów” składa się z wielu wspaniałych scen i kilku przeciętnych. Dowcipy zabawne, o różnym poziomie wysublimowania – od rynsztoku po wysmakowane aluzje polityczne i literackie. Postaci komiczno-tragiczne, niekiedy malowane grubą kreską, ale bazujemy na komiksie – więc całkiem to adekwatne. Co więc nie działa? Szkopuł w tym, że fabuła łącząca te kawałki w jedną spójną całość niespecjalnie wciąga. Wspaniały jest z tego spektaklu materiał na wszelkiego rodzaju egzaminy aktorskie i wokalne, krótkie scenki pokazywane na koncertach itp., bo wiele z nich osobno to całkiem niezłe gagi. Z tego samego powodu dobrze słucha się płyty, nawet nie znając dokładnie całej historii – bo te kawałki są po prostu napisane jako oddzielne mini-spektakle, które ktoś usilnie próbował połączyć w spójną całość. Trochę jak w jukebox musicalu, który bierze radiowe hity i łączy je jedną historią, choć tutaj akurat mamy autorski spektakl od początku pisany z myślą o scenie. Zresztą perturbacje z fabułą pojawiały się już na początkowych etapach tworzenia, a zanim ukształtowała się znana nam wersja ostateczna, spektakl przeszedł długą drogę przez wiele poprawek (o czym można posłuchać w jednym z odcinków podcastu “Nawet lubię musicale”). Na moje – poprawki zakończyły się za wcześnie.
No bo kto tu w zasadzie jest głównym bohaterem? Jeśli za osiową postać weźmiemy Wednesday, to ostatnie pół godziny spektaklu wydaje się zbędnym przedłużaniem. Jej wątek się kończy dużo wcześniej. Jeśli Gomeza – to brakuje punktów kulminacyjnych, akcji, dynamiki. A może centrum, wokół którego wszystko się kręci jest samo spotkanie, zderzenie dwóch kultur? Być może, choć pojawiające się problemy nie przenikają się na tyle, by spleść wszystkie wątki w spójną całość. Weźmy chociażby moment, w którym Pugsley zdobył miksturę prawdy. Scena-przerywnik. Znikąd pojawia się babcia ciągnąca akurat wózek z eliksirami. Nie jest o nich wspomniane wcześniej ani nic z jej wątkiem magicznym nie wydarzy się już później. Scena niezbędna dla ciągłości opowieści, ale nijak nie połączona z resztą świata przedstawionego. I tak właśnie rysuje się cała fabuła – liniowo wszystko się łączy, ale nie ma większej liczby splotów uwiarygodniających funkcjonowanie całego addamsowskiego uniwersum.
Spektakl trzyma się dzięki mozaice bohaterów, z których każdy wnosi swoje dziwactwa, rozterki i wątpliwości. Pretekst do rozpoczęcia akcji stanowi związek Wednesday i Lusaca, dwojga skrajnie różniących się od siebie nastolatków. Oboje są perfekcyjnymi produktami światopoglądowymi swoich rodzin – przynajmniej do momentu pamiętnego spotkania pod drzewem w Central Parku. Wednesday odkrywa przy Lucasie swoją delikatność, której zresztą sama nie może znieść, on zyskuje dzięki niej dostęp do skrywającej się w jego duszy spontaniczności. Podobna relacja połączy zresztą ich rodziny – w tej mrocznej willi Beineckowie odkryją, że pod ich nudną jak flaki z olejem fasadą nadal tkwi wiele ikry, zaś Addamsowie w bolesny dla siebie sposób przekonają się (i widzów), że czerń to tak naprawdę przykrywka, kryjąca zwykłych, wrażliwych ludzi – zwyklejszych niż by chcieli. Zanim się to jednak wyda, oboje nastolatkowie poproszą swoich bliskich o to samo – bądźcie bardziej przeciętni.
Dojrzewanie młodych (w ciągu jednej nocy, sic) polega na pogodzeniu się z tym, że nie są tak jednolici jak im się dotychczas wydawało. Każde z nich ma wiele wspólnego ze swoją rodziną pochodzenia, ale mają też inne oblicze – to, które w domu stanowiło tabu. Zderzenie z drugą osobą sprawia, że muszą je odkryć, zaakceptować i pokazać światu, a następnie razem z partnerem ustalić własne zasady i normy czerpiąc wiele z obu domów, ale też – wiele odrzucając.
Nie będzie to takie łatwe, bo rodzice mocno bronią się przed tym nieuchronnym procesem. Plejadę rodzicielskich gwiazd otwiera Gomez. Jego rozdarcie między córką a żoną wzbudza współczucie, kryzys związany z opuszczeniem gniazda przez dziecko jest boleśnie realistyczny. Ta postać jest jednak stabilnie nijaka, nie przechodzi żadnej przemiany – Gomez z początku pierwszego aktu jest tą samą postacią co w scenie finałowej. To kobiety wokół niego dojrzewają rozwiązując pojawiające się konflikty, nie on. Jest niemym obserwatorem, który poczuciem humoru maskuje zagubienie, dzięki czemu może unikać konfrontacji z tym, co najtrudniejsze. Blisko mu w tym do Mala Beinecke – obaj płyną z nurtem do czasu, kiedy żony i dzieci nie wytrzymują stagnacji i dzięki splotowi różnych wydarzeń zmuszają głowy rodzin do stanięcia w prawdzie o sobie. Z tym, że Mal w ostateczności bierze sprawy w swoje ręce i mimo bycia nudziarzem przez większość spektaklu, w kluczowym momencie mierzy się z postawionymi wyzwaniami.
Ciekawiej napisane są obie matki, na których barkach spoczywa walka o spójność rodzin. Morticia jest dumna z familii i panujących w niej zasad i tym bardziej bolesne staje się dla niej odkrycie faktu bycia oszukiwaną przez męża. Ponadto cios jest podwójny: okazuje się, że jej mała córeczka nie jest już taka mała (co nie jest aż tak złym) i co za tym idzie – że czasy jej własnej świetności dobiegają końca (a to już gorsza wiadomość). Przed nią tylko starość i artretyzm. Na szczęście, jak to w komediach bywa, nadchodzi opamiętanie, pogodzenie się z losem i happy end. Trochę zbyt szybko, wręcz na pstryknięcie, ale przychodzi. Jej słoneczne alter ego, Alice, która dla swoich mężczyzn poświęciła życie, dzięki przypadkiem spożytej magicznej miksturze rozpoczyna rewolucję, z której nikt nie wyjdzie taki sam. Koniec z wiecznym czekaniem – na męża, syna, na śmierć-wybawicielkę… Mrok, który z niej wypłynął wydawał się niszczącą siłą wymagającą okiełznania za wszelką cenę, ale… Bez niego nie wydarzyłoby się w tej rodzinie całe dobro, które nadeszło w kolejnych scenach. Panie Freud, ciekawe co pan by miał do powiedzenia.
Galerię osobliwości dopełniają zakompleksiony młodszy brat Pugsley, bojący się że straci jedyną towarzyszkę zabaw, ekscentryczna babcia, której już nie obchodzi co ktoś o niej pomyśli, wójcio-wariatuńcio Fester (choć szkoda, że z najbardziej okrutnej postaci z komiksów zrobiono ciepłą, choć uroczą, kluchę) i Larch, o którym nie umiem zbyt wiele powiedzieć, ale pocieszam się, że on też. W tych postaciach nie ma specjalnie głębi psychologicznej, a celem ich istnienia na scenie jest jedynie dodawanie kolorytu głównej opowieści. Jest to jednak na tyle czytelnie i sprawnie poprowadzone, że nie obniża wartości całego spektaklu. Wielką nieobecną jest za to Rączka, która pojawiła się wyeksponowana tylko w jednej scenie (a przynajmniej tylko raz udało mi się ją dostrzec z mojego miejsca w jednym z ostatnich rzędów).
W tym spektaklu osobne show mają postaci z tła – przodkowie naszych bohaterów. Biedni chcieliby odpocząć w swoich kryptach, a muszą ratować związek dwojga małolatów i wypełniać polecenia Mistrza Ceremonii Festera. Na dodatek zostali przez niego zapomnieni i zamiast zrealizować swoją wcześniejszą obietnicę, ten postanowił wyruszyć w kosmos zostawiając ich na pastwę losu. To spory nietakt, bo niekiedy to właśnie oni pchali (całkiem dosłownie) akcję do przodu.
Cała rodzinka jest zresztą znacznie mniej upiorna niż możnaby się spodziewać. U Wednesday można by to tłumaczyć stanem zakochania i buntem wobec rodziny, ale i pozostali są w zasadzie bardzo klasycznymi przedstawicielami swoich ról rodzinnych. Biję się z myślami czy napisać klasycznymi, czy może kliszowymi, sztampowymi? Tak, upiorna jest plastyczna oprawa ich życia, zainteresowania i tematy do rozmów, ale gdyby tak zedrzeć tę warstwę… Mroczność staje się tylko maską, za który, jak za mosiężną bramą do rodzinnej posiadłości, toczy się zwykłe życie zwykłych (może ciut ekscentrycznych) ludzi. Ciekawa jestem czy rezygnacja z horrorowości Addamsów była zamysłem twórców, czy wyszła “przez przypadek”. Niezwykle trudne byłoby zyskanie sympatii widzów do postaci mrocznych i odrażających, żyjący w taki sposób, jaki próbują nam przestawić w dialogach.
Addamsi mają (mieli) wśród widzów swoich wyznawców, ale i krytyków nie zabrakło. Skąd tak odmienne reakcje na ten spektakl? Chyba z tego, że ma on wiele mocnych punktów, których nie da się ignorować. Mnóstwo zabawnych gagów, melodyjne piosenki i postaci, z którymi tak łatwo się zidentyfikować. Twórcy do cna wycisnęli to co już w świecie Addamsów istniało i stanowiło sprawdzoną bazę na hit. A, że mało dodali od siebie? Bywa. Jeśli więc w danym momencie szukamy w teatrze śmiechu i odprężenia – śmiało, można brać garściami. A jeśli akurat potrzeba nam głębszych refleksji czy fabuły, do której w żaden sposób nie da się przyczepić, wybierzmy inny tytuł. Świat musicali ma ich w bród.

Dodaj komentarz