Choroba afektywna dwubiegunowa, trauma, problemy rodzinne – to tematy, które pozornie mało pasują do musicalu. Co jednak stanie się, gdy sięgną po nie twórcy właśnie tego gatunku? O tym możemy przekonać się w warszawskim Teatrze Syrena.
„next to normal” to musical niełatwy. Również do opisania bez spoilerów 🙂 Póki co również mój ulubiony, obejrzany już chyba we wszystkich kombinacjach obsadowych. Główna bohaterka, Diana Goodman, początkowo jawi się jako typowa matka-Polka (choć Amerykanka) która dba o dom i spokój całej rodziny. Jej mąż, Dan, architekt, zapewnia byt i utrzymanie. Rodzinnego szczęścia dopełniają córka Natalie, perfekcjonistyczna kujonka, oraz nieco zbuntowany nastoletni syn Gabe. Idealna wizja szybko znika, gdy widzowie zauważają pierwsze symptomy choroby Diany. I choć wszyscy starają się żyć normalnie, jasne jest, że to tylko pozory, a choroba ma wpływ na wszystkie obszary funkcjonowania bohaterów – od porannego przygotowywania kanapek po planowanie dorosłego życia.
Jak zatem przenieść tak ciężki emocjonalnie materiał na scenę musicalową by z jednej strony nie przekarykaturować postaci i pozostawić ich ludzkie oblicza, dzięki którym widz może się z nimi utożsamiać, a z drugiej – tego widza przyciągnąć? Poszukiwania złotego środka podjął się Jacek Mikołajczak – reżyser i tłumacz warszawskiej inscenizacji. Z tego pierwszego zadania wywiązał się bez zarzutu – akcja posuwa się wartko, sceny codzienne przeplatają się ze wspomnieniami i onirycznymi wizjami, pozwalając nam patrzeć na świat oczami głównej bohaterki, nie zawsze stąpającej twardo po ziemi. Kwestia tłumaczenia jest trudniejsza do oceny bez scenariusza w ręku, niemniej nieścisłości w przekładzie „Chcę wrócić w góry” sprawiły, że prawdopodobnie większość widzów nie zorientowała się, że jest to opis wahań charakterystycznych dla choroby Diany – przejść między okresami manii i depresji, co w oryginale jest opisane dość dosłownie, a poetyckość polskiej wersji nie wskazuje tych określeń wprost, sprawiając, że tekst wydaje się nieco od czapy.
W swojej realizacji Mikołajczak postawił na zimną, surową scenografię autorstwa Mariusza Napierały, która daje spore możliwości przestrzenne w zakresie kreowania kolejnych miejsc akcji. Rusztowanie staje się więc salą koncertową, domem Goodmanów, ale przede wszystkim – metaforą psychiki głównej bohaterki. To tam, często w towarzyszeniu dynamicznej choreografii i muzyki, odgrywają się najbardziej dramatyczne wydarzenia. Rozwiązaniem, które pozwala ukazać pozorność zachowań bohaterów lub ich odcięcie od stanów wewnętrznych jest ruchoma ściana z półprzezroczystych płyt z pleksi – akcja tocząca się na proscenium to zazwyczaj te momenty, w których wszyscy wierzą (lub chcą wierzyć), że „będzie okej”.
Wszystkie te zabiegi nie miałyby jednak znaczenia, gdyby nie dopracowane psychologicznie i technicznie kreacje aktorskie całego zespołu. Mam poczucie, że każda z postaci spektaklu zasługuje na własną charakterystykę w osobnym tekście, więc… To nie koniec „nexta” tutaj.
Katarzyna Walczak w roli Diany oferuje odbiorcom całą gamę emocji i zachowań typowych dla osób z chorobą afektywną dwubiegunową. W manii kokietuje i uwodzi, w depresji odcina się od świata. W rolę jej męża wcielają się wymiennie Przemysław Glapiński i Damian Aleksander. Ten pierwszy buduje postać Dana jako ostoi całej rodziny, która stara się nie myśleć o tym, że sama powinna czasem poprosić o wsparcie. Ta potrzeba znajdzie jednak ujście… Dan w wykonaniu Aleksandra sprawia zaś wrażenie, jakby traktował chorobą żony jako przykrywkę własnych problemów. Troszcząc się o nią nie musi myśleć o własnych demonach, co po raz pierwszy słychać w piosence „Byłem tam”, a potwierdzenie znajduje w końcowym duecie z Gabem „Jestem tu – repryza”.
Największą przemianę z całej rodziny przechodzi Natalie, kreowana przez Karolinę Gwóźdź oraz Weronikę Bochat-Piotrowska. Ich postać ewoluuje od skupionej na nauce nastolatki, przez okres buntu, po może jeszcze nie do końca dojrzałą, ale świadomą skomplikowanego świata młodą kobietę. Na towarzysza tej drogi wybrał Henry’ego, który w interpretacji Macieja Dybowskiego robi wszystko by wesprzeć dziewczynę w tym niełatwym dla niej czasie i sam dzięki niej dorasta. Mniej przekonująco wypada Michał Juraszek, u którego trudniej mi dostrzec tę zmianę, czy ogólniej – uwierzyć w tę postać.
Dwóch skrajnie odmiennych lekarzy wykreowanych przez tego samego aktora – Marcina Wortmanna lub Macieja Maciejewskiego – to role-majstersztyki. Precyzyjnie rozdzielają pojawiających się krótko po sobie ciapowatego doktorka skupionego na wzorach i tabletkach od demonicznej „gwiazdy rocka” każdemu z nich dając charakterystyczne sposoby poruszania się czy wypowiadania.
Nieco na uboczu całej rodziny krąży Gabe Goodman. W wykonaniu Marcina Franca jest słodkim łobuziakiem, pupilkiem mamusi, Piotr Janusz kreuje go jako bardziej opryskliwego i odpychającego. Relacje Gabe’a-Franca z rodzicami bazują na tęsknocie i miłości, Gabe-Janusz za wszelką cenę udowadnia jak bardzo to oni go potrzebują, nie on ich. Obaj hipnotyzują. Również akrobacjami na rusztowaniu 🙂
I mogłabym tak jeszcze długo… „next to normal” ma tak wiele warstw, że nie sposób uchwycić wszystkie naraz. Póki co ważny komunikat – ten spektakl powinien zobaczyć każdy kto mierzy się z problemami psychicznymi, ma w swoim otoczeniu kogoś kto z nimi żyje lub może się z nimi zetknąć w przyszłości. Czyli – fun fact – każdy.
Pierwsza wersja tekstu powstała podczas warsztatów „Jak pisać i mówić o musicalu?” w Teatrze Syrena w czerwcu 2022, co było fantastycznym doświadczeniem i motywatorem do kontynuowania pisania o teatrze (wszak może z małą obsuwą, ale blog w końcu powstał :)). Wielkie dzięki dla Teatru za ich zorganizowanie i dla Piotra Sobierskiego za cenne komentarze!

Dodaj komentarz