Zdobywca największej liczby Tony Awards w historii powrócił do Polski i to nie byle gdzie – do naszego własnego “Broadway’u nad Bałtykiem”. Teatr Muzyczny w Gdyni postawił na “Producentów” jako swoją flagową premierę rozpoczynającego się właśnie sezonu z nadzieją, że z opowiadania o teatralnych klapkach wyjdzie sukces na miarę największej sceny w Polsce. Czy słusznie?
Twórcy spektaklu nie biorą jeńców. Granice dobrego smaku zostają przekroczone już w pierwszych scenach, a potem armia komediantów idzie dalej. Dowcip początkowo śmieszy, bo bazuje na parodii, przejęzyczeniach, czasem absurdzie. Ostatecznie żartowanie ze zniewieściałych gejów czy głupich blondynek staje się jednak monotonne i powielające znane schematy. O wiele bardziej bawi perfekcyjny i niezmienny akcent Ulli, reinterpretacja modlitwy Tewjego ze “Skrzypka na dachu” czy zaskakujące wprowadzenie języka kaszubskiego niż kolejny żart na ten sam temat. Recenzenci rozpisują się, że po prawie 60 latach od pierwszej wersji filmowej “Producentów” tytuł nie traci na świeżości i bawi kolejne pokolenia publiczności zostawiając w tyle poprawność polityczną, ale… Mam co do tego wątpliwości. Czy wynikają one z oryginalnego materiału czy naszego lokalnego wystawienia? Prawdopodobnie obie odpowiedzi są prawidłowe, bo to co było tabu w latach 60. i 70. współcześnie jest traktowane zupełnie inaczej, ale i sama gdyńska produkcja pozostawia wiele do życzenia.
Reżyserię musicalu powierzono Tomaszowi Dutkiewiczowi, twórcy, który nadmorski teatr odwiedza co kilka sezonów. Śmiem wątpić czy jest to najbardziej udana decyzja producencka. Nie zaliczam się do grona fanów Dutkiewicza, a jedyny spektakl spod jego ręki, który uważam za dobrze przygotowany to “Something rotten”, niestety zdjęty z afisza żeby zrobić miejsce dla “Producentów” (o ironio, Szekspir ustąpił Hitlerowi). Pozostałe premiery to bardzo przeciętne produkcje, które ogląda się raz i niekoniecznie bardzo tęskni by wrócić.
Największym grzechem gdyńskich “Producentów” są monotonne, długie zmiany scenografii, które za każdym razem przebiegają w taki sam sposób. Widz bardzo łatwo potrafi wyczuć, że to, co dzieje się na proscenium stanowi tylko zapchajdziurę maskującą brak pomysłu na łączniki między scenami. Może taki zabieg przeszedłby w podrzędnym teatrze z małym budżetem i ubogim zapleczem technicznym, ale nowoczesne wyposażenie gdyńskiej sceny wręcz prosi się o wykorzystanie! Malowana, kartonowa scenografia gabinetu Maxa czy biura, w którym pracuje Leo przypominają dekoracje z objazdowych fars, a wszystko pełne jest dosłowności i braku pomysłu. Warstwę plastyczną ratują projekcje Adama Kaufholda, zwłaszcza pierwsza, wprowadzająca do spektaklu. Efekt 3D wykorzystano tu w taki sposób, że zamiast skupiać uwagę sam na sobie, jak to często mają w zwyczaju nowe technologie, dodał interesującego efektu samej narracji. I pytanie dnia – czy skoro wśród neonów z tytułami gdyńskich spektaklu znalazło się “Sister act” to mamy traktować to jako zapowiedź kolejnej premiery? 😉
Temat, który zasłuży kiedyś na kolejny artykuł, to zawartość programów teatralnych, a raczej jej brak. Program “Producentów” zawiera: zdjęcia aktorów (ładne, ale ile można), obsadę i twórców (jest w internecie), krótki opis każdej postaci, tekst o historii spektaklu/filmu (najciekawsze z tego wszystkiego, niestety to nic nowego dla musicalowego fana, bo pochodzi z książki Daniela Wyszogrodzkiego) i loga sponsorów. Nic, czego nie dałoby się przeczytać w innych miejscach. I wiem, że mogłam nie kupować, ale jednak łudziłam się że za 50 zł dostanę coś ekstra…
Pierwszy akt spektaklu rozkręca się długo i kończy w niezłym tempie, drugi z kolei zaczyna dość dynamicznie, ale ta dynamika siada w momencie premiery “Wiosny Hitlera” i do końca spektaklu wieje już nudą. Dodatkowe przerwy na reklamę/zmianę dekoracji pogłębiają jeszcze te odczucia. Może to błędne przypuszczenie, ale na moje oko reżyser dużo lepiej czuje się w scenach komediowo-farsowych, jak np. spotkania Maxa z inwestorami czy wizyta na dachu, niż sentymentalnych melodramatach jaki został nam zaserwowany podczas rozprawy sądowej. Zniknął gdzieś wigor i dowcip, zastąpił go rzewne przemowy i próby wzruszenia widowni. Po tym, co oglądaliśmy przez większość spektaklu, trudno było wziąć na poważnie emocje bohaterów, a na parodię było to zbyt poważne. Innym wytłumaczeniem dlaczego poziom tych scen jest tak rozbieżny może być brak czasu na dopracowanie końcówki, która zdaje się przygotowana po łebkach, byle jakoś dociągnąć spektakl do finału.
Muzyczny talentami stoi i tym razem również za najmocniejszą stronę spektaklu należy uznać obsadę. Wśród kreatorów głównych ról nie ma słabych punktów. Moim ulubieńcem stał się o dziwo Rafał Ostrowski, kreując postać tak odmienną od swoich sztandarowych wcieleń w “Lalce” czy “Chłopach”. Komizm jego bohatera polegał na graniu całkowicie na serio, bez przymrużenia oka, hitlerowca zapędzonego przez wiatr historii na nowojorski dach. Nie ustępowali mu pola ani Robert Rozmus, ani Paweł Czajka, wchodząc jak w masło w proponowane przez Franza absurdalne tańce i przysięgi, byle tylko zdobyć prawa do wystawienia jego sztuki. Rozmus jako dawny król Broadway’u, Max Bialystock, bezpardonowo wykorzystuje każdą okazję do zdobycia finansów i dawnej pozycji, a robi to przy tym z takim urokiem, że nie sposób go nie polubić (co potwierdzi każda seniorka w okolicy). Leo Bloom w interpretacji Czajki jest jego absolutnym ciapowatym przeciwieństwem, co sprawia, że ten duet ogląda się z niekwestionowaną przyjemnością. Świętą producencką trójcę dopełnia Ulla wielu imion zagrana przez Maję Gadzińską. To typowa głupia blondynka, przerysowana do granic możliwości, ale bez ich przekraczania. Aktorka ani na chwilę nie straciła charakterystycznego akcentu, a sposób interpretowania rzeczywistości przez jej bohaterkę niejednokrotnie zaskakiwał, ale trzeba przyznać – dziewczyna wie czego chce i potrafi po to sięgnąć pozostając sobą. Na uwagę zasługują także Łukasz Zagrobelny z wdziękiem paradujący w swoich niebotycznych szpilkach, niezwykle kobiecy Paweł Muranowski (odkrycie tego spektaklu) oraz mistrz drugiego planu czyli Krzysztof Wojciechowski, którego lista postaci jest dłuższa niż pełne imię Ulli.
Gdyński zespół kolejny raz dał więc spektaklowi więcej niż dostał w zamian. Wokalne, taneczne i aktorskie popisy ratują sytuację tylko do pewnego stopnia, jednak nie są w stanie sprawić, by całościowa ocena “Producentów” była wyższa niż 3+. Nie mamy więc spektakularnej klapy, ale i do sukcesu daleko. Rozdmuchana machina marketingowa doprowadziła oczywiście do wyprzedania biletów na pierwsze miesiące eksploatacji, ale jestem ciekawa na jak długo starczy jej mocy – wszak nadmorska widownia, wychowana na kościelniakach, przyzwyczajona jest do wyższego poziomu. Czas pokaże.

Dodaj komentarz