Z deszczu pod rynnę, czyli wrażenia z „Deszczowej piosenki”

Refleksje zainspirowane pokazem „Deszczowej piosenki” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu 07 października 2023.

Szłam do teatru zupełnie nieprzygotowana, nieznająca obsady, z biletem zdobytym w ostatniej chwili, za to z nastawieniem na dobrą zabawę. To zresztą jedyne co zapamiętałam z realizacji tego tytułu w Warszawie – że dobrze się bawiłam. Chciałam więc dać się zaskoczyć i ponieść. W zasadzie oczekiwania zostały spełnione, tylko, jak mówią – „uważaj o czym marzysz, bo może się to spełnić”.

„Deszczowa piosenka” współcześnie wymaga dobrego pomysłu realizatorskiego by nie trącić myszką i przestarzałą narracją. I o ile w warstwie technicznej ten pomysł zdaje się był, to na fabułę go zabrakło. Mamy więc odświeżoną choreografię, scenografię wykorzystującą do cna nie tylko niewielką scenę, ale i przestrzeń widowni czy też zgrabne i dowcipne tłumaczenie libretta. Tylko sens jakby się w tym wszystkim zagubił.

W XXI wieku, kilka lat po akcji #metoo, w teatrze kreującym się na nowoczesny, reżyser serwuje nam pocztówkę ze świata, w którym patriarchat wciąż ma się dobrze… I nie dodaje do tekstu żadnego własnego komentarza. A wręcz jeszcze tę wizję podkręca, budując postać Dextera (Radosław Elis), drugoplanowego reżysera, którego pojawienie się na scenie oznacza, że zaraz któraś z kobiecych postaci będzie molestowana – niewinnym klepnięciem w pośladek gdy go mija, złapaniem za pupę podczas tańca… Oczywiście przy pełnej akceptacji pozostałych męskich bohaterów i milczeniu kobiet. Najsmutniejsze, że fabuła nie wymaga takiego prowadzenia postaci, a owe gesty nic do niej nie wnoszą. Ich brak nic by nie zmienił. Poza koniecznością wymyślenia innej charakterystyki postaci – ale przecież artyści nie poszli w ten sposób na łatwiznę. Prawda?

Co zaskakujące (dla mnie samej) postacią, wobec której czułam najwięcej współczucia była Lina Lamont. Barbara Melzer wykreowała bohaterkę, która idealnie dostosowała się do wymagań stawianych jej przez otoczenie – miała być piękna, więc była. Miała milczeć – milczała. Miała mieć romans z Danem – to bardzo się starała go mieć. A gdy przestała być potrzebna, została za to dotkliwie ukarana. Wcale mnie nie dziwi przemiana, którą przeszła Lina gdy zorientowała się, że gra toczy się według innych zasad niż te, które zostały jej przedstawione. Skoro spełniając wszystkie wymagania i tak przegrała, to może tej gry po prostu nie da się wygrać? A jeśli się nie da – to już lepiej być przegranym na swoich warunkach.

Boli również to, że cała (niezbyt wyrafinowana) intryga bazuje na graniu uczuciami Liny, a „szczęśliwe zakończenie” polega w zasadzie na jak najdotkliwszym upokorzeniu bohaterki by ta już nie była w stanie się z niego podnieść i nie zakłócać więcej spokoju pozostałych. Zapewniana nieustannie że ma piękny głos, Lina miała pełne prawo w to uwierzyć, a po odkryciu spisku – poczuć się oszukaną. Nie mam zamiaru przypisywać jej anielskiego charakteru i braku jakiejkolwiek winy, niemniej wszyscy w studio woleli traktować Linę jak małe dziecko zamiast powiedzieć jej prawdę i zmierzyć się z jej ewentualnymi konsekwencjami.

Don i Cosmo (w tych rolach kolejno Maciej Podgórzak i Bartosz Sołtysiak) tworzą duet, którego korzenie sięgają prawdopodobnie jeszcze szkolnej ławki. Obaj mają dużą trudność z rozumieniem i okazywaniem własnych emocji – Don nawet zaproszenie dziewczyny na lunch musi „przyaktorzyć”, a Cosmo wszystko, co niewygodne, obraca w żart. Aktorzy kreujący obie postaci próbowali ukazać ich rozterki i wielowymiarowość, wypadli jednak mało przekonująco i w rezultacie główni męscy bohaterowie to w moich oczach co najwyżej nastolatkowie, którzy może i zaczynają dostrzegać, że świat nie jest czarno-biały, ale jeszcze nie do końca potrafią cokolwiek z tą wiedzą dalej zrobić.

Ich podejście do innych ludzi obrazuje scena z lekcją dykcji i piosenką „Mojżesz, czy możesz” – traktują nauczycielkę z wyższością do momentu kiedy ona (mała, ale zauważalna rola Ewy Mociak) zaczyna mówić „ich” językiem, czyli stepować. Wkracza na ich terytorium i niejako „wywalcza” sobie szacunek na ich zasadach.

Zdobywa go również Kathy, najbardziej współczesna z postaci tego spektaklu. Od początku próbuje udowodnić, że jest lepsza od filmowego towarzystwa, ostatecznie jednak w nie wpada i załapuje się na wiatr zmian w studio. Dostrzega zagrywki kolegów, wykazuje też największą empatię wobec Liny – nawet w momencie, kiedy zatryumfować może tylko jedna z nich. Marta Wiejak dała swojej bohaterce serce i spojrzenie widzące więcej niż tylko własny interes.

Być może twórcy „Deszczowej piosenki” mają pecha, bo trafiłam na spektakl prosto z konferencji, gdzie sporo referatów poświęcono musicalom społecznie zaangażowanym. Może poprzeczkę zawiesiłam zbyt wysoko. A może to już czas, by polski teatr muzyczny sam zaczął ją sobie wieszać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *