Chcąc potaplać się w rynsztokowych żartach (kto czasem tego nie lubi), a jednocześnie uniknąć kliszowatości wspomnianych wcześniej “Producentów”, warto wybrać się na spacer po jedynej w swoim rodzaju “Avenue Q”. Co prawda poprawność polityczna omija tę okolicę szerokim łukiem, a z teatru można wyjść lżejszym o kilka monet lub banknotów… To ilość sympatycznych mieszkańców na metr kwadratowy przekracza wszelkie normy i trudno oprzeć się wrażeniu, że łączy nas z nimi więcej niż chcielibyśmy przyznać.
Docenili to członkowie kapituły przyznającej nagrody Tony, honorując “Avenue Q” nie tylko kilkoma statuetkami, ale też bardziej prestiżowym tytułem “tego musicalu, który pokonał Wicked”. I to w jakim stylu! Muppetowa komedia wymaga zaangażowania kilkunastu aktorów (w wersji poznańskiej 12 – porównując obsady w różnych teatrach można zauważyć, że ta liczba zmienia się w zależności od tego ile postaci kreuje jedna osoba); scenografia ograniczona jest do jednego podwórka, modyfikowanego w zależności od sceny obecnością przedmiotów wskazujących gdzie akurat się znajdujemy; brak tu potężnych zbiorówek i arii zapierających dech w piersiach. Kameralne przedstawienie mówiące o zwykłym nudnym życiu – w sam raz na mniejsze sceny. Co widzimy w drugim narożniku? Efekty specjalne, Idinę Menzel w szczytowej formie (tak się przynajmniej wtedy wydawało) i różowo-zieloną moc – skąd więc akurat taki werdykt?
Nie będę oszukiwać, nie mam pojęcia. Nie zazdroszczę kapitule, która w 2004 musiała podjąć tę decyzję, bo to jak wybierać które dziecko bardziej się kocha. Każde inne, wszystkie wspaniałe. Tryumf “Avenue Q” to kolejny gwóźdź do trumny megamusicali. Gatunek wrócił do zwykłych ludzi (i zwykłych budżetów), na scenę zapraszając znaną nam z ulicy codzienność. Zagubionych młodych dorosłych, którzy próbują stawiać pierwsze samodzielne kroki na rynku pracy/matrymonialnym/nieruchomości. Każdy z własną, unikalną, a jednocześnie uniwersalną historią życia, któremu chce się nadać jakiś cel. Z potknięciami, marzeniami i wtopami, których nie da się unikną, choć nie wiem jak bardzo by się chciało.
Muppety dystansują i pozwalają na więcej. Co w wykonaniu aktorskim byłoby nieznośne dla widza, dzięki lalkom staje się lekkostrawne. Łatwiej zobaczyć własne przywary, gdy można pośmiać się z włochatej kukiełki, niż patrząc w lustro. “Avenue Q” dobrze ogląda się podglądając (dyskretnie!) reakcje sąsiadów z widowni – początkowy szok szybko ustępuje miejsca łagodnemu uśmiechowi i westchnieniom zrozumienia. Plecy prostują się, gdy można usłyszeć, że nie jestem w tym sam – nie ważne czy mowa, że każdy z nas jest małym rasistą, czy, że wszyscy czasem odczuwamy Schadenfreude. Nie są to może powody do dumy, ale i wstydzić się nie ma czego.
Trudno byłoby o takie refleksje, gdyby twórcy inscenizacji choćby minimalnie przekroczyli granicę dobrego smaku lub parodii. Na szczęście reżyser poznańskiej inscenizacji, Łukasz Brzeziński, zachował równowagę i zaproponował widzom dokładnie tyle śmiechu, ile było potrzeba, by i na refleksję znalazło się odpowiednio dużo miejsca. Wtórują mu w tym aktorzy, wśród których każdy sprawia, że kreowanej przez nią/niego postaci nie da się nie lubić. Nawet Pani “S.”… W osłupienie wprawiła mnie jednak Oskana Hamerska, bo to, że Piotra gra kobieta zrozumiałam dopiero w drugim akcie, zaś przyswojenie, że jest to właśnie ta aktorka, zajęło jeszcze kilka minut po wyjściu z teatru. Chapeau bas. Poziomem aktorstwa i wokalu goni ją Urszula Laudańska vel. Katka Kudłatka – słodka i niewinna w jednej chwili, charakterna i waleczna w drugiej. Równa babka z syrenim śpiewem i ostrymi pazurami. Pozostała część obsady była niestety tylko bardzo dobra – jak wy to robicie?
Spektakl z kategorii feel good musical, w sam raz na jesienne, szaro-bure popołudnie. Nie sprawi, że kłopoty przestaną kłopotać, a praca sama się znajdzie. Może za to pomóc spojrzeć na to wszystko z dystansem i poczuciem, że bycie przeciętnym to niezły plan na życie. I często tyle wystarczy.

Dodaj komentarz