Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku na zeszłoroczny Dzień Kobiet przygotowała dla swoich widzek wyjątkowy dar. Premiera “Vesper” poza byciem kolejną produkcją musicalową przyczyniła się do odzyskania z niebytu zapomnianej herstorii, oddając hołd jednej z najbardziej niezwykłych tajnych agentek w historii Europy, jaką była Krystyna Skarbek. Wywodząca się z polsko-żydowskiej rodziny szlacheckiej patriotka za miejsce swojej służby ojczyźnie wybrała brytyjski wywiad, w którym miała na koncie więcej spektakularnych akcji niż niejeden rodowity Anglik i Polak razem wzięci. A jednak dotychczas mało kto o niej słyszał.
Twórcy spektaklu – Gary Guthman i Doman Nowakowski próbują przekonać nas, że jest to spektakl o kobiecej sile i walce z uprzedzeniami płciowymi. Wspominali o tym w niejednej wypowiedzi medialnej. Panowie nie odrobili jednak lekcji i swoją historię nasączyli tak silną męską perspektywą, że odczuwany na widowni dysonans między formą a treścią staje się momentami nie do zniesienia. Dlaczego?
Już same nazwiska twórców budzą zastrzeżenia – za pisanie feministycznego musicalu zabrali się… Mężczyźni. Do wymienionych już wcześniej kompozytora i librecisty należy dopisać jeszcze reżysera, Michała Znanieckiego, kierownika muzycznego – Mirosława Błaszczyka i scenografa Luigiego Scoglio. Dopiero na kolejnych pozycjach listy ekipy realizatorskiej możemy odnaleźć kobiece nazwiska – są to Małgorzata Słoniowska (kostiumografka), Inga Pilchowska (choreografka) i Violetta Bielecka (kierowniczka chóru). Oznacza to, że w praktyce na kluczowym etapie krystalizowania się spektaklu o kobietach żadna z kobiet nie miała na niego wpływu. Teoretycznie nadal można zrobić to dobrze, praktycznie – przekonajmy się.
Opowieść o Vesper, to opowieść o mężczyznach jej życia – kochanku, przyjaciołach, w końcu mordercy. To oni opowiadają swoje historie, których punktem wspólnym jest Skarbek – ale to nadal ich historie. Ojcu zawdzięcza pseudonim (czy go lubiła?), pozostałym – szansę na odzyskanie należnej dobrej sławy. Całe życie próbowała uciec od konieczności podporządkowania się mężczyznom, by ostatecznie stać się ofiarą ich narracji. Czy historia tajnej agentki opowiedziana przez nią samą brzmiałaby tak samo?
W “Vesper” mamy tak naprawdę dwie główne bohaterki i dwa prowadzone równolegle plany czasowe. Opowieść rozpoczyna się dzień po śmierci Skarbek, gdy młoda dziennikarka Julia postanawia napisać artykuł o jej fascynującym życiu. Poszukując informacji trafia na trzech towarzyszy agentki z czasów służby wojennej, których opowieści przywołują co i rusz kolejne przygody Vesper.
Postać Julii miała w założeniach stanowić bardziej współczesne alter ego Skarbek – kobietę, która zainspirowana swoją idolką walczy o swoje i uniezależnia się od mężczyzn. W zaproponowanej konwencji każdy jej działanie zyskuje uznanie dopiero dzięki męskiemu wstawiennictwu. I nie mówię nawet o protekcji, a o szukaniu aprobaty w męskim spojrzeniu, jakby to ono było wyznacznikiem wartości dziennikarki. Julia wykreowana przez Martę Florek zachowuje się niczym dziewczynka kręcąca piruety przed ojcem czekając na jego oklaski i docenienie talentu i urody. Nawet w konfrontacji z wydawcą szuka siły w mężczyznach stojących za jej plecami. Z kolei w tajnej agentce odnajduje cechy swojej zmarłej matki, co niejednokrotnie podkreśla. Jest zagubioną dorosłą nastolatką, wciąż szukającą swojej tożsamości. Nie staje się gwiazdą sceny nawet wtedy, gdy w finałowe scenie świętujemy wydanie książki. Julia ginie w tłumie podpisując autografy, a w pierwszym rzędzie, najbardziej widoczni dla widzów pozostają trzej “ojcowie sukcesu” (zresztą również o te autografy proszeni).
Wątek kobiecy/feministyczny pojawia się bardzo często w dialogach i piosenkach. Przewrotnym jest fakt, że tym zabiegiem tak naprawdę jeszcze bardziej podkreślona jest różnica w podejściu do płci – kobiety dostają piosenki by mówić o swojej sile, ale poza Vesper w zasadzie jej nie prezentują. Częścią kobiecego repertuaru jest także narzekanie na mężczyzn jako grupę bardziej uprzywilejowaną. Czyli znowu – niby śpiewamy o sobie, ale nadal skupiamy na facetach (i nie jest to zarzut do kobiet zwracających uwagę na nierówności społeczne, tylko do twórców, którzy rozdzielając tematy utworów odebrali bohaterkom szansę na zaśpiewanie o ważnych dla siebie sprawach). Stereotypowe jest też przedstawienie kobiet jako grupy – gdy jedna z nich odnosi sukces lub się po prostu wyróżnia, zamiast wsparcia otrzymuje wyzwiska, krzywe spojrzenia. I co znamienne – tylko ze strony innych kobiet. Bardzo możliwe, że w prawdziwej historii Skarbek tak właśnie było – wszak nigdzie nie mogła znaleźć swojego miejsca – ale w przypadku Julii i jej walki o artykuł, ukazanie stereotypowych, zrzędliwych (fikcyjnych) bab jest kolejnym dowodem, że ten musical ma mało wspólnego z ideałami siostrzeństwa.
Nie miałam możliwości by sprawdzić tę tezę ze stoperem, ale mam wrażenie, że to mężczyźni spędzają na scenie znacznie więcej czasu, to także oni popychają fabułę do przodu. Co znamienne – kluczowe songi tej produkcji są właśnie o mężczyznach i ich emocjach – żalu do siebie, że nie potrafili ochronić Krystyny, wyznaniu winy przez Dennisa, ogromnej tęsknocie Andrew. Wisienka na torcie w tej kategorii? Jak możemy wyczytać w programie sztuki, ostatni song Andrew został napisany na prośbę… kierownika muzycznego, który “chciał, abym stworzył dla potrzeb musicalu arię zakochanego mężczyzny”. Jest to piękna pieśń, nie da się zaprzeczyć, ale nie zapominajmy, że Skarbek w chwili śmierci nie była z nim w związku, mimo, że on na to nalegał. Postawienie jego cierpienia w centrum to jak potwarz w stronę Vesper (nie mówiąc o tym, że został pochowany w jej grobie mimo że ona nawet za życia go nie chciała…).
Biografia Skarbek jest w tej interpretacji mocno romantyzowana. W jednej z pierwszych scen słyszymy z ust panów, że sensem życia Krystyny była miłość. Czy aby na pewno? Wolność, niezależność, jasne. Ale miłość? Obu swoich mężów zostawiła, nie bała się życia w pojedynkę; wolała to niż dać się wtłoczyć w rolę żony lat 40. i 50. I mimo to mężczyźni poczuwają się do tego, że muszą bronić jej dobrego imienia i czynią to kreując się na superbohaterów z życiową misją.
Wydaje się, że najlepiej zrozumiał ją wcale nie kochanek, a ten, który pozbawił Krystynę życia. Paweł Strymiński w roli Denisa mając do zaprezentowania mało obszerną rolę do cna wykorzystał każdą sekundę uwagi widzów. Song w sądzie, w którym tłumaczy motywy swojego postępowania sprawił, że widownię zmroziło. Wykorzystując elektryzującą intonacją i mimiką sprawił, że z marszu uwierzyliśmy w dobre intencje szaleńca-mordercy rozumiejąc jednocześnie motywację Vesper do podtrzymywania tej dziwacznej relacji.
Mnie samą najbardziej uderzyła ta wypowiedź kompozytora Garego Guthmana: “Wiemy, że była sławna w czasie wojny ze skoków spadochronowych i jazdy na nartach, ale jak pokazać to na scenie? To nie jest Cirque du Soleil…” [link]. Widać w niej jasno, że wygodę realizatorską postawiono tu wyżej w hierarchii priorytetów niż wierność biografii głównej bohaterki. Nikt przecież nie spodziewa się na scenie teatralnej prawdziwego śniegu i skoków narciarskich, ale naprawdę da się to zrobić inaczej. Niestety zamiast najsłynniejszych dokonań tajnej agentki dostaliśmy dwie rozbudowane sceny, w których pokonuje wroga wykorzystując wdzięk i siłę perswazji. Równie brawurowo co stereotypowo.
Pomimo wszystkich powyższych nie można określić “Vesper” jako spektaklu jednoznacznie złego. Rozmach, z jakim został wyprodukowany imponuje. Nie będę silić się na wyszukane komplementy w stronę muzyków, baletu i chóru, bo nie są to obszary, w których jestem jakąkolwiek znawczynią, umiem jedynie powiedzieć, że naprawdę robią wrażenie synchronizacją, czystością dźwięku, siłą. Widać, że jest to dzieło zrealizowane z wykorzystaniem operowych środków wyrazu i w taki sposób należy je oceniać. Gesty są duże, teksty śpiewane nawet w częściach dialogowych, a niektóre dialogi zbyt kwadratowe (co bardzo kojarzy mi się właśnie z operą). Zespół jest podzielony na typowo taneczny i wokalny, te obszary tylko minimalnie się przenikają. Kompozytor opowiada, że stworzył dzieło gotowe na Broadway, musical na wskroś musicalowy. Patrząc na współczesne hity nowojorskich scen raczej trudno w to uwierzyć. “Vesper” bliżej do klasyki tego gatunku, pogranicza musicalu i opery, niż do typowego show jakie znamy z gal Tony Awards.
W uszy gryzie wybiórcze stosowanie języka angielskiego, chociażby w imieniu Julii. Bo nie jest to ani polska Julia, ani angielska Julie – jest hybrydowa [Dżulia]. Inne imiona wypowiadane są z polskim akcentem, twardo, przez co Dżulia brzmi jeszcze bardziej obco. Podobnie rzecz się ma z “News of the day”, tytułem gazety, który w jednej z piosenek pojawia się przetłumaczony, ale w większości kwestii wykorzystywana jest anglojęzyczna fraza. Zupełnie niezrozumiała pozostaje decyzja o wykonaniu piosenki “Frankie & Johnny” po angielsku. Ulubiony utwór Krystyny i Andrew wykonany podczas sceny w barze prawdopodobnie miał sprawiać wrażenie puszczonego przez radio, spoza świata przedstawionego, tylko że śpiewany przez chór wprowadził jedynie zamęt i poczucie braku spójności językowej.
Spójność to w tym przypadku słowo-klucz. Nie ma spójności w języku, nie są spójne temat spektaklu z jego elementami formalnymi. Libretto powstało po angielsku, choć wiadomo było, że prapremiera będzie polskojęzyczna, a operowa muzyka stanowi tło musicalu. Ba – nawet to, co twórcy opowiadają w wywiadach, nie do końca pasuje do serwowanej nam przez nich produkcji.
Największym problemem z “Vesper” jest to, że próbuje być tym, czym nie jest. Twórcy stworzyli w miarę zgrabny opero-musical o bohaterce, której historię należy jak najszerzej opowiadać światu, bo to jednostka nietuzinkowa i z pewnością nie zasłużyła na zapomnienie. Wybrali jednak narzędzia, którymi nie potrafią się sprawnie posługiwać, co w ostateczności daje karykaturalny efekt. Świat potrzebuje więcej kobiet jak Skarbek, ale i mniej mężczyzn myślących że potrafią wszystko.

Dodaj komentarz