Rock po roku

„We will rock you” obiecują twórcy spektaklu pod tym tytułem w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Słowa dotrzymują, a publika mimo nierzadko odpicowanych garniturów i wieczorowych kreacji daje się ponieść rockowym brzmieniom klaszcząc, tupiąc, a czasami i śpiewając w głos. Energia niesie widzów nawet po ostatecznym opadnięciu kurtyny kiedy to wychodząc z teatru nie kryją emocji, ekscytacji, pozytywnych komentarzy. Ten trans nie ominął i mnie – powrót do domu odbył się przy akompaniamencie queenowych piosenek dudniących w głowie. A co pojawiło się w niej później, gdy do głosu doszła również ta bardziej racjonalna część?

Przede wszystkim fascynacja librettem. Jakie fikołki intelektualne musiał wykonać mózg Bena Eltona żeby połączyć imiona i wątki z piosenek grupy Queen, wie tylko on sam. Świat prezentowany w ich utworach jawi się jako miejsce zagrażające, tłamszące jednostkę, wszystko się więc zgadza – takim miejscem jest przecież iPlaneta rządzona przez firmę Global Soft. Kiedy jednak, chcąc przygotować się do spotkania z WWRY, próbowałam przebrnąć przez streszczenie fabuły spektaklu, okazało się to… Niewykonalne. Autor wykorzystał historie i motywy już istniejące w piosenkach Queen – to dzięki temu songi tak dobrze pasują do opowieści. Posklejał je w momentach, w których dostrzegł jakieś punkty styczne, dopisał brakujące łączniki i… Wyszedł twór z banalną historią osadzoną w bardzo pokręconych realiach. Tyle na papierze (albo ekranie). Na scenie co wprawniejszy widz bez trudu zauważy braki logiczne czy sceny rodem z warsztatów dla początkujących scenarzystów. Przykład? Ta w której bohaterowie zaczynają rozumieć treść przepowiedni – błysk, olśnienie i już wszystko wiemy. W zasadzie poprzednie sceny mogłyby nie istnieć, a i kolejne nie są niezbędne. A przecież, jak mawiał Czechow, król kompozycji, „Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzeblę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. W przeciwnym razie nie umieszczaj jej tam.” Ten musical to kompozycyjny miszmasz – są sceny zbędne, są urwane wątki, a wszystko polane/ zagłuszone porywającą tłumy muzyką. Chcąc wykorzystać potencjał piosenek Queen, autor dał się zaplątać w sieci, które sam rozwiesił.

Szczęśliwie dla librecisty mało kto przychodzi na takie wydarzenie oczekując zwalającej z nóg fabuły. Tutaj królową jest muzyka, a jej nie sposób czegokolwiek zarzucić. Świetne występy wokalne idą w parze z ogniem wyczuwalnym w każdej zagranej przez instrumentalistów nucie. Nie razi również tłumaczenie – a to zawsze budzi największe obawy w przypadku tego typu produkcji. Choć nie jestem miłośniczką Michała Wojnarowskiego, muszę przyznać, że sprostał wyzwaniu. Również w scenach dialogowych – ten spektakl naładowany jest odniesieniami do kultury popularnej, które tłumacz umiejętnie przeniósł na nasze polskie podwórko. Salwy śmiechu na widowni przy zgrabnie dobranych odniesieniach do lokalnej sceny muzycznej słychać było nieustająco.

I w zasadzie w podobnym tonie można opisać pracę większości twórców polskiej adaptacji „We will rock you”. Dołożyli wszelkich starań, by uczynić ten spektakl najbardziej lekkostrawnym daniem jak tylko się dało. Agnieszka Brańska to już od jakiegoś czasu moje TOP3 musicalowych choreografów i choreografek. W dużej mierze to właśnie dzięki niej już od pierwszej chwili nie można oderwać wzroku od sceny. Tam nie potrzeba słów – idealne synchronizacje i mechaniczne ruchy same w sobie stanowią pakiet informacji nt. życia na iPlanecie. W połączeniu z kostiumami (Dorota Kołodyńska), fryzurami i (Jaga Hupało) i charakteryzacją (Sergiusz Osmański) pozwalają widzowi w mgnieniu oka trafnie skatalogować poszczególne postaci. Ga Ga Kids lubują się w pastelach/neonach i fryzurach z jednej odlewni, wśród mieszkańców Heartbreake Hotelu króluje czerń i bardziej wyzywające kroje, a Galileo i Scaramouche, początkowo nieprzynależący do żadnej z tych grup, prezentują się bardziej casualowo – zresztą wizualna przemiana stała się symbolem dołączenia tej dwójki do bohemy. Tym czego zabrakło po stronie realizatorów, jest reżyseria. Niektóre sceny wyglądają, jakby zupełnie jej zabrakło – postaci stoją gdzie popadnie i rozmawiają w przypadkowych konfiguracjach. Wojciech Kępczyński ma dar odnajdywania utalentowanych współpracowników, jednak sam na ich tle wypada dość blado.

Na całe szczęście grający w tym spektaklu aktorzy udowodnili, że mają w duszy rocka. Zadziorna Scaramouche otrzymała od Marii Tyszkiewicz pazur i ostrość, jakich próżno szukać u większości musicalowych postaci kobiecych. To ona jest tą bardziej „niegrzeczną” w relacji z Galileem. Ten zresztą bohater przypomina bardziej poetę żyjącego obok rzeczywistości – jest marzycielem, wizjonerem, kimś kto zawsze patrzy dalej niż inni. To buntownik, ale zupełnie innego rodzaju niż jego partnerka. Maciej Dybowski obdarzył go chłopięcym wdziękiem i roztargnieniem oraz autentyczną fascynacją odkrywaną muzyką. Ich głównymi antagonistami stają się ci, którzy próbują utrzymać iPlanetę pod swoim wpływem. Władcza, wręcz demoniczna Killer Queen (pół-człowiek, pół-awatar, trust me) ma wokal, który swoją siłą zmiótłby całą armię przeciwnika (to zasługa Katarzyny Walczak) i wiernego służącego, irytującego Khashoggi (Łukasz Zagrobelny). Na szczęście bohema, z Oz i Britem na czele (Natalia Krakowiak, Wiktor Korzeniewski – chwilami przyćmiewający głównych bohaterów), łącząc siły fizyczne, magiczne i intelektualne (a w niektórych przypadkach i poświęcając życie) broni tego co w świecie najważniejsze – wolności i muzyki. Outsiderem wśród outsiderów jest Buddy – ktoś pomiędzy mentorem a dziadersem, wieczny hippis. Grający go Tomasz Steciuk przypomina Claude’a Bukowskiego próbującego kurczowo utrzymać swoją młodość i klimat, który już nieodwracalnie minął.

Decyzje repertuarowe teatrów to temat fascynujący mnie coraz bardziej. Uzasadnienie wyboru „We will rock you” przez Teatr Muzyczny Roma wydaje się łatwe do odgadnięcia – tego w zasadzie nie trzeba specjalnie promować, bo grono fanów Queen nie maleje od lat. Przyjdą i wierni fani musicalu (bo przychodzą na wszystko), i ci, którzy będą chcieli sprawdzić „co oni tam znowu wymyślili za nowość”. Młodzi i starzy, popowcy i rockmani. Po roku od premiery (opisuję spektakl z maja 2024) rock ze sceny nadal przenosi się na wypełnioną po ostatnie wolne miejsca widownię i porywa wszystkich bez wyjątku. Więc może dobrze skrojona fabuła wcale nie jest tutaj niezbędna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *