Szkoła, która niszczy?

Przedsionek Olimpu. Tak w młodości wyobrażałam sobie szkoły i uczelnie artystyczne, miejsca tajemnicze i niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Dostęp do nich mieli tylko wybrańcy, kilkanaście osób z kilkuset chętnych, szczęśliwcy którzy złapali Pana Boga za nogi. Wiedzieli to oni sami i wiedzieli wszyscy wokół nich. Jak się okazało, piękna to wizja, ale będąca wyłącznie jedną stroną medalu. Tę drugą pomijano.

Jak jest naprawdę dowiadujemy się dopiero od niedawna za sprawą osób, które postanowiły przerwać zmowę milczenia, ryzykując zresztą własną karierę. Pierwszym głosem w środowisku teatralnym stała się facebookowa wypowiedź Anny Pałygi. Po jej wpisie ruszyła lawina wypowiedzi innych osób z branży. Ich głosy zebrała w cykl wywiadów Karolina Korwin-Piotrowska w książce pt. „Wszyscy wiedzieli”. Wcześniej w podobnej konwencji Monika Sławecka opisała patologie środowiska baletowego, do czego zainspirowała ją przeczytana rozmowa z tancerką Natalią Wojciechowską. Swojej publikacji nadała znaczący tytuł „Balet, który niszczy”. O zwrócenie szerszej uwagi na wypaczenia w szkołach muzycznych od pewnego czasu walczy Stowarzyszenie Artystyczne Muzykujemy z Barbarą Marczak na czele, które opublikowało raport nt. przemocy w edukacji muzycznej. Jak można się domyślać – dość bolesny w odbiorze. Dla wolących srebrny ekran – świetnie to zjawisko ukazuje oskarowy film „Whiplash” w reżyserii Damiena Chazelle. Choć kształcenie artystyczne powinno być szczególnie wyczulone na wrażliwość każdego z adeptów, wszystkie te teksty ukazują podobne zachowania pedagogów – nadużywanie władzy, poniżanie uczniów/studentów, doprowadzanie do utraty wiary w siebie, zaburzeń odżywiania, chorób psychicznych, a w skrajnych, niestety nie odosobnionych przypadkach, do śmierci ucznia.

Skąd akurat w tym środowisku takie podejście do osób uczących się? Odpowiedzi jest kilka, przez co przebudowanie tej kultury jest jeszcze trudniejsze. Po pierwsze – model kształcenia oparty o relację mistrz-uczeń, w którym nauczyciel jest stawiany jako wzór, niepodważalny autorytet, od którego uczeń ma bezwarunkowo chłonąć wiedzę. Gdy brakuje partnerstwa, łatwo sprawić, by ważniejsze stało się to co ma do powiedzenia mentor niż zauważenie i stymulowanie potencjału ucznia. Specjaliści od zarządzania już dawno odkryli, że ktoś kto jest wybitnym specjalistą (muzykiem, aktorem, reżyserem) nie zawsze musi być świetny w przekazywaniu swojej wiedzy innym i odwrotnie – „przeciętniacha” z zacięciem pedagogicznym może sprawić, że potencjał każdego z uczniów wystrzeli w kosmos (mimo, że on sam może wielkiego dzieła nie stworzy). Nie każdy wielki twórca odnajdzie się na sali ćwiczeniowej.

Jedna z rozmówczyń Sławeckiej wskazuje na zjawisko przeciwne, choć nie wykluczające się. Przyznaje, że nauczyciele wnoszą na zajęcia swoje niespełnienie, niezrealizowane ambicje i frustracje i to wszystko przelewają na młodych adeptów. Niedojrzałość wykładowców, ich niepoukładanie wewnętrzne (przecież stereotypowo kojarzone z artystami) sprawia, że zamiast wspierać w rozwoju, hamują go albo wręcz sprawiają, że uczeń porzuca szkołę – w trosce o swoje zdrowie psychiczne (to lepiej) lub wtedy, gdy zostało ono przeciążone (a to już trudniej odbudować). Jak opowiadają artyści, którzy po kontakcie z polską szkołą wyruszyli na zagraniczne uczelnie – nie jest to jedyna droga jaką mogą podążać pedagodzy. Piękne rzeczy mogą powstawać także w duchu szacunku do drugiej osoby.

Kolejny problem to w gruncie rzeczy małe środowisko, w którym każdy każdego zna. A przynajmniej każdy kto się liczy – czyli częściej nauczyciele niż uczniowie. Dzięki temu ci łamiący zasady czują się bezkarni, bo jak ktoś zacznie podskakiwać to szepnie się kilka słów tu i ówdzie i młody już żadnej roli nie dostanie. Broniący go dorosły też będzie zresztą spalony, więc trudno szukać sojuszników wśród dyrekcji czy innych pedagogów.

Dzieci nie są wyposażane w narzędzia do radzenia sobie ze stresem czy presją, której w zawodach artystycznych nie brakuje. Zajęcia z podstaw psychologii nie pojawiają się zresztą też w klasycznych placówkach. Jeśli młody człowiek nie został tego nauczony w domu, to trudno mu chronić się przed przemocą, zwłaszcza gdy nie ma na kogo liczyć. Szybko uczy się, że w tej szkole tak już jest – wszyscy to znoszą, inni nauczyciele nie reagują, starsze roczniki jakoś przeżyły. Nawet jeśli próbuje walczyć o siebie, niekończące się wyzwiska, szturchania czy komentarze nt. wyglądu w końcu wywołują bierność – byleby przetrwać i nie rzucać się w oczy. Strach nawet rozmawiać o tym z kolegami i koleżankami, bo jeszcze ktoś nieżyczliwy by usłyszał. Tylko pasja, z którą przekraczali progi szkoły po raz pierwszy, też gdzieś uleciała.

Rodzice, którzy wysyłając swoje dziecko do takiej placówki często nie mają pojęcia jakie metody są tam stosowane. Gdy dziecko zaczyna się skarżyć łatwo dać się nabrać na słowa pedagogów, że tak trzeba, że widocznie nie pracuje wystarczająco ciężko. Wszak w tle dumnie powiewa wieloletnia tradycja szkoły, sukcesy artystyczne innych czy w końcu autorytet samego nauczyciela. Przecież szkoła chce dla mojego dziecka jak najlepiej, pracują w niej kompetentne osoby, które znają się na swojej robocie. Prawda? Żeby było jasne – rodzic nie ma żadnej winy w przypadku wystąpienia przemocy w szkole – on po to wysyła potomka do placówki (państwowej! kontrolowanej!), żeby faktycznie zajęły się nim osoby, które wiedzą co robią.

I żeby nie było – zdaję sobie sprawę, że wśród nauczycieli sztuk wszelakich mnóstwo jest pedagogów wkładających w swoją pracę całe serce i oddanie. Chwała im za to. Tym bardziej muszą walczyć, żeby dobre imię placówek, które reprezentują, nie zostało kolejny raz skalane skandalem z udziałem ich kolegów i koleżanek z pracy.

Nadzieję przynoszą zmiany, które dokonały się w ostatnim czasie – wiele uczelni artystycznych powołało rzeczników ds. etyki, Akademia Teatralna w Warszawie na swojej stronie opublikowała obszerny raport nt. przemocy i dyskryminacji na uczelni. Odbywają się warsztaty antymobbingowe. Centrum Edukacji Artystycznej, opiekujące się m. in. szkołami muzycznymi i baletowymi, wydało rekomendacje wychowawczo-profilaktyczne na aktualny rok szkolny zawierające wzmocnienie prawidłowej, bezpiecznej komunikacji między uczniem a nauczycielem.

Po co więc taki tekst, skoro książki może jeszcze nie przestały być aktualne, ale z pewnością dzieje się coś dobrego w tym temacie? Bo wiele pozostało jeszcze do zrobienia, zwłaszcza w przypadku budowania świadomości społecznej. Uczniowie muszą wiedzieć, że nauczyciel ma być przewodnikiem po świecie sztuki i świecie ich wewnętrznych przeżyć, ale nie jest wyrocznią głoszącą prawdę objawioną. Ma krytykować konstruktywnie, podpowiadać co można zrobić lepiej i jak to zrobić. Ale są granice, których nie ma prawa przekraczać, a gdy je przekracza – możemy, musimy, reagować, by chronić przede wszystkim siebie, a przy okazji też innych. W tych opowieściach najgorsze jest to, że „wszyscy wiedzieli”. I nic nie zrobili.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *