We mnie coś zmieniło się – po „Pięknej i Bestii”

Nie stworzę tego tekstu bez cofania się w czasie, nie da się. Pisanie o poznańskiej “Pięknej i Bestii” mogłoby szybko skończyć się serią porównań do wersji gdyńskiej, z którą, za sprawą nostalgii, nie ma szans. Niech zimowy wyjazd do stolicy Wielkopolski będzie pretekstem do podróży w głąb siebie, bo przecież do tego też służy teatr – przeglądamy się w nim jak w lustrze, wzruszamy tym co na scenie i tym co w nas samych. Czasem – jak ja tutaj – zaglądamy do siebie z przeszłości.

Wspomnienia z tego pierwszego razu to oczywiście sama historia Belli i niezapomniane melodie, ale też zapach Teatru Muzycznego w Gdyni jeszcze sprzed remontu. To mróz szczypiący w policzki w drodze z parkingu do foyer. To ekscytacja, że zobaczę na żywo historię, o której tyle się naczytałam (w “Pamiętniku księżniczki” jak prawdziwa szanująca się nastolatka). To też poczucie, takie od pierwszego wejrzenia, że w końcu znalazłam miejsce dla siebie – i postać, z którą tyle mnie łączy. To w końcu obsada, którą mimo upływu lat nadal jestem w stanie wyrecytować obudzona w środku nocy, wydająca się wtedy panteonem niedoścignionych talentów: Anna Maria Urbanowska (Bella), Jerzy Michalski (Bestia), Bernard Szyc (Maurycy), Łukasz Dziedzic (Cogsworth), Marek Kaliszuk (Lumiere), Tomasz Więcek (Gaston), Alicja Piotrowska (Pani Czajnik). Wszystko połączone magicznym dreszczem, który wraca za każdym razem, gdy wybrzmiewają pierwsze takty jakiejkolwiek melodii z tego spektaklu.

To nie mogło być przedstawienie idealne, ale co z tego? Zafundowało mi wspaniałą przygodę, którą kontynuuję – już dużo mądrzejsza, ale nadal pełna zachwytu nad kolejnymi kreowanymi na scenie światami.

Pielęgnuję te wspomnienia z czułością i ostrożnością by nie skalać ich zbytnim krytycyzmem. Dlatego na tę nową, poznańską, wersję też nie chcę patrzeć obiektywnie. Jest wehikułem, dzięki któremu mogłam przenieść się w czasie do tamtej 15-letniej siebie. Z inną obsadą niż sobie na ten wyjazd wymarzyłam. Z relacją głównych bohaterów, która w 2026 wzbudza pewne wątpliwości. Ale i z przepiękną, działającą na wyobraźnię oprawą plastyczną, z okrzykami emocji wśród dziecięcej widowni, z niezmiennie wzruszającą muzyką. I ze śniegiem, który mi zawsze tej historii towarzyszy.

PS. Są w internecie miejsca gdzie nadal wiszą spisane teksty piosenek z Gdyni 😉 Wspaniale, że Poznań wybrał tłumaczenie p. Małgorzaty Ryś i wspanialej, że parę poprawek mimo wszystko zostało wprowadzone.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *